Piosenki Starszych Panów

Artykuły

Słowa i melodie piosenek są własnością ich twórców. Zostały zamieszczone na tej stronie wyłącznie w celach edukacyjnych.

Kabaret Starszych Panów

Piosenki Starszych Panów

Znamy je i kochamy, towarzyszą nam od pół wieku, i chyba nie ma Polaka, który choć raz nie zanucił W czasie deszczu dzieci się nudzą, Addio pomidory czy Kaziu, zakochaj się. Te cudne, pełne uroku piosenki wymyślili dla nas Jeremi Przybora - poeta, i Jerzy Wasowski - kompozytor, twórcy legendarnego Kabaretu Starszych Panów.

Uzupełniali się znakomicie. Melodie tworzone przez Wasowskiego natychmiast wpadały w ucho, zaś liryki Przybory obfitowały w wykwintny, często surrealistyczny humor. W roku 1958 otrzymali propozycję stworzenia programu rozrywkowego dla Telewizji Polskiej. Tworząc Kabaret, nie mieliśmy pojęcia, jaki on będzie - wspominali po latach. - Zasadniczo przyświecała nam idea zabawienia siebie i odbiorców przez oderwanie się od panoszącego się wokół nas prostactwa. Ale nie miała być to kampania przeciw czemukolwiek.

Kabaret utkał się Starszym Panom z tęsknoty za minionymi czasami, za elegancją i urodą przedwojennej Polski. Mówią nam, żeśmy odpadki dziejów - proszę bardzo, niech będzie. Obaj z Wasowskim jesteśmy wprawdzie ledwo po czterdziestce, ale przebierzmy się za własnych ojców w niemodnych żakietach, sztuczkowych spodniach i cylindrach. Bądźmy eleganccy. Wąchajmy róże i czcijmy płeć piękną. Widząc intruza wnoszącego kubełek śmieci na nasze podwórko, nie bijmy go od razu w mordę, ale grzecznie pytajmy: Z innego bloku pan uczęszcza na ten śmietnik?

Starsi Panowie nie mieli imion. Wasowski występował jako Pan A, nieco znużony i zmęczony niefrasobliwością Pana B - Przybory, wciąż naiwnie zachwyconego światem. W ich Kabarecie wszystko było w najlepszym gatunku - poezja, muzyka, żart. Słowem i muzyką wyczarowali magiczny świat, przez który wędrowali przypadkowi przechodnie, czasem sympatyczni i wrażliwi, a czasem dziwaczni i groteskowi. Wędrowcy zwierzali się ze swoich tęsknot, radości, wzruszeń i smuteczków, a gospodarze gościli ich życzliwie, serdecznie i z pogodną wyrozumiałością.

O polityce nigdy nie mówili wprost. Nie komentowali rzeczywistości bezpośrednio. A jednak nikt tak dowcipnie nie podsumowywał paranoi tamtych czasów, jak Starsi Panowie, kiedy wzdychali: Załamaliśmy się dopiero w kolejce po jajka, kiedy kazano nam przynieść własne skorupki. Wytworni, po staroświecku szarmanccy i eleganccy, byli dla cenzorów abstrakcyjni na tyle, że uznano ich za nieszkodliwych. Nasz Kabaret był odrobiną prawdziwego raju w gomułkowskiej krainie małej stabilizacji. Dziś już mało kto pamięta, że wcześniej, w czasach stalinowskich, wolno było się śmiać tylko pod warunkiem, że się wyśmiewało kułaka, kapitalistę, imperializm. A humor abstrakcyjny, śmiech dla śmiechu, był zabroniony. Gomułka nas nie lubił, podobno rzucał kapciami w telewizor, kiedy widział dwóch facetów w cylindrach, ale nie kazał zlikwidować Kabaretu. Szefowie telewizji nam sprzyjali, choć mieli z nami kłopoty, bo dla niektórych towarzyszy już sam strój Starszych Panów - cylinder i żakiet - był burżujską zniewagą rzuconą czapce uszance i waciakowi.

Kabaret Starszych Panów skrzył wyszukanym humorem, subtelnym liryzmem, pastiszem stylów i gatunków, był finezyjną grą muzycznych i słownych skojarzeń, a jednak został entuzjastycznie przyjęty przez widzów z różnych środowisk, nie tylko inteligenckich. Emisja programu to było święto w naszych domach - wspomina Magda Umer. - Cała Polska zamierała przed nielicznymi jeszcze telewizorami. Kochałam ten kabaret. Mogę powiedzieć, że on mnie ukształtował, wychował i ulepił jako człowieka. I nie mnie jedną.

W ciągu ośmiu lat powstało 16 odcinków Kabaretu. Szary, nudny, peerelowski świat został za oknem - opowiada Wojciech Młynarski - a do naszych domów przychodziła Pani Hrabina Kwiatkowska, Kalina - Dziewczyna z Chryzantemami, Spory i Nieduży, czyli Czechowicz z Michnikowskim, Kuszelas - Dziewoński czy Upiór Gołas z Upiornego twista. Dialogi i sytuacje były przezabawne, piosenki dyktowane fabułą, ale zawsze integralne same w sobie, prawdziwa klasyka piosenki kabaretowej, czyli trzyminutowej śpiewanej roli.

Premiery odbywały się na żywo. Każdy program był powtarzany. Pierwsze przedstawienie dawano w sobotę wieczorem, a powtórzenie w niedzielę po południu. To drugie przedstawienie zawsze było lepsze. Dopiero od połowy istnienia programy Kabaretu powtarzano z nagrań. Niestety, do dziś nie zachowała się nawet połowa taśm. Szkoda, bo Kabaret był najbardziej oryginalnym dziełem w historii naszej telewizji.

W Kabarecie zadomowili się wspaniali aktorzy, wykonujący piosenki Starszych Panów z najwyższym kunsztem. Być w Kabarecie, w tej grupie wtajemniczonych, to było wyróżnienie, nobilitacja - przypomina Zofia Kucówna. - Atmosfera na planie była niepowtarzalna. Nikt mnie nie reżyserował w teatralnym rozumieniu tego słowa. Mówiliśmy sobie, co mamy zamiar robić, i robiliśmy to. Przy okazji omawiało się wiele spraw, wymieniało ploteczki, komentarze. Twórcy i aktorzy Kabaretu tworzyli grupę bliskich sobie przyjaciół. Wasowski miał znakomity dowcip, taki z cicha pęk. Kalina też jak coś powiedziała, to było w dziesiątkę. Gołas rozśmieszał nas wszystkich. Raz śpiewał krakowiaka. Czapka przesunęła mu się na głowie, wstążki zasłaniały oczy. On odrzucał je w sposób tak zabawny, że ugotowaliśmy się ze śmiechu. Wszyscy żartowali z zadziwiającej nieśmiałości Kwiatkowskiej, ze słodyczy i niewinności Michnikowskiego, z pompatyczności Łazuki. Nasza seksbomba Kalina miała niewyparzony język - opowiadał Przybora - ale to nie było to samo, co dzisiaj słyszy się na ulicy zamiast przecinków. Wasowski mówił o niej Jędrusik - ordynusik. Była nieznośna, ale zrobiła dla mnie kiedyś podczas prób striptiz. W łazience. Ja tego niestety nie widziałem. A ona nie wiedziała, że ja tego nie widzę. Wtedy skorzystał elektryk, który stał na drabinie. O mało nie spadł. Zobaczyła ją również obsada reżyserki, też "z lotu ptaka". Ktoś stwierdził, że przysłaniała się dłońmi, a ktoś inny na to: "Nie pomogło. Kalina ma bardzo drobne dłonie".

W roku 1966 Kabaret Starszych Panów zakończył działalność. To była decyzja męża - przypomina Maria Wasowska. - Uważał, że trzeba odejść u szczytu powodzenia, a nie czekać, aż widzowie poczują przesyt.

Przybora i Wasowski często wyjeżdżali do Paryża. Agnieszka Ociecka wspominała później: Myślałam, pójdą gdzieś, porwą się na jakiegoś agenta, zadzwonią, zaśpiewają, zakręcą się koło kogoś, kto ułatwi im zrobienie kariery na Zachodzie... Gdzie tam! Chodzili do kina i puszczali łódki z papieru po Sekwanie. Potem wracali do Warszawy, mościli się przy swoich kominkach, słuchali Mozarta, rano każdy z nich zjadał jajko na miękko, szedł do kawiarni albo do krawca, ale przenigdy nie napinał kontaktów ani nie ustawiał sprawy. To wszystko wydaje się teraz bardzo, bardzo dawno, prawda? Tego świata już nie ma.